Kiedy ktoś pyta mnie, jak wygląda "wdrożenie" do współpracy, spodziewają się chyba stosu dokumentów, tabelek i procedur. A u mnie? Często zaczyna się od zwykłej rozmowy telefonicznej.
Klient mówi, czego potrzebuje. Ja słucham. I jakoś samo wychodzi, czy będziemy do siebie pasować.
Nie ma tu wielkiej filozofii — ktoś ma problem, ja mam rozwiązanie, ustalamy cenę za godzinę i zaczynamy. Bez tygodni negocjacji. Bez dziesiątek maili w tę i z powrotem.
Ale to nie znaczy, że zaufanie bierze się z powietrza.
Pierwsze, co sprawdzam — jak ktoś przekazuje mi dostępy. To mówi mi bardzo dużo o podejściu do bezpieczeństwa. U mnie zasada jest prosta: tylko Proton Drive. Żadnych haseł w zwykłym mailu, żadnych notatek w WhatsAppie.
Klient przesyła mi dostępy szyfrowanym kanałem, ja odwdzięczam się tym samym. Pliki do klienta? Też przez Proton Drive. Jeśli oni wysyłają mi coś przez WeTransfer — ok, przyjmę, ale moja strona zawsze jest zabezpieczona.
Brzmi może trochę technicznie, ale to po prostu szacunek — dla ich danych i dla mojej reputacji.
Medycyna rządzi się swoimi prawami.
Zawsze przy współpracy z gabinetem:
- Umowa NDA (zachowanie poufności)
- Umowa powierzenia danych osobowych (RODO)
- Ustalenie zakresu dostępów do systemów medycznych
- Osobne konto użytkownika — bez logowania na dane lekarza
Tu nie ma miejsca na "dogadamy się mailowo". Każda współpraca z gabinetem lekarskim zaczyna się od umowy — NDA, RODO, powierzenie danych. Zawsze, bez wyjątku.
Dane pacjentów to nie są rzeczy, którymi można ryzykować na słowo honoru — nawet jeśli lekarz jest sympatyczny i ufa mi od pierwszej rozmowy. Właśnie dlatego, że ufa — podpisujemy dokumenty. Żeby to zaufanie miało solidne podstawy.
Z firmami i freelancerami bywa inaczej.
Często wystarczy mail z ustaleniami i telefon. Ktoś potrzebuje ogarnąć skrzynkę, ktoś inny zleca research albo obsługę social mediów. Zaczynamy, działamy, rozliczamy się za godziny. Prosto.
Nie mówię, że to idealne dla każdego — umowy pisemne są po to, żeby chronić obie strony i rozumiem ich wartość. Ale mailowe lub nawet telefoniczne ustalenia też są wiążące. U mnie wygląda to tak: rozmawiamy, ustalamy zakres i cenę, a po rozmowie wysyłam maila z podsumowaniem i proszę o krótkie potwierdzenie — nawet zwykłe "tak, zgadzam się" w odpowiedzi wystarczy. Mam czarno na białym, klient ma czarno na białym. Prosto i bez zbędnej biurokracji.
Co tak naprawdę jest onboardingiem?
Myślę, że to moment, w którym klient przestaje się zastanawiać, czy podjął dobrą decyzję. Czasem wystarczy jedno dobrze napisane zdanie do jego klienta. Albo ogarnięty kalendarz. Albo to, że oddzwoniłam, kiedy obiecałam.
Onboarding to nie procedura — to pierwszy moment, w którym ktoś widzi, że naprawdę przejęłam jego zadania. I właśnie wtedy decyduje się, czy zostaje na dłużej.